Od pewnego czasu zaczęło mi towarzyszyć uczucie wstydu, głównie kiedy miałem kaca, bo kiedy byłem na „gazie” było mi wszystko jedno. To „wszystko jedno” było mi też w początkowej fazie kaca, kiedy wódka ze mnie parowała i pojawiały się pierwsze oznaki braku alkoholu we krwi. Wyjście z domu po alkohol był nie lada wyczynem, zwykle zaopatrywałem się na wszelki wypadek, bałem się, że kiedy zabraknie, to mogę się rozsypać. Ubieranie się zaczynałem od skarpetek, bo to był najtrudniejszy element garderoby. Każdy skłon wymagał wysiłku a każde wyprostowanie się zagrażało utratą równowagi, w dodatku czułem się zmęczony, totalnie zmęczony, jakbym przerzucał w nocy jakiś węgiel. Jeszcze wszystko się we mnie trzęsło. Śmierdziałem wódą na kilometr, ale wybiłbym wszystkie zęby gdybym próbował je umyć szczotką, więc nawet nie próbowałem. Zresztą było mi wszystko jedno.
Po nałożeniu skarpetek, dalej szło lepiej, poczochrany łeb moczyłem wodą, nakładałem na siebie to, co było pod ręką. Wódka odparowywała coraz szybciej i trzeba było się spieszyć. Kiedy trząsłem się tak, że nie mogłem ustać na nogach, na piżamę zakładałem kurtkę i leciałem do sklepu. Nie było już czasu.
Pierwsze piwo wypijałem już w powrotnej drodze. Kiedy jechałem do sklepu samochodem, to pierwsze piwo wypijałem już w bramie wjazdowej na osiedle. Nie mogłem się doczekać kiedy zasiądę z swoim fotelu. Butelki dzwoniły kiedy otwierałem drzwi. Ale mnie było wszystko jedno.. Pierwszą porcję wódki wypijałem już po wejściu do domu. Stawałem nad zlewem w kuchni, nalewałem do szklanki i przechylałem czekając na przyjazną falę. Czułem jak krew staje się ciepła, w głowie nareszcie spokój, ruchy stają się leniwe. Teraz mogłem usiąść w fotelu i pić spokojniej. Moje „wszystko jedno” znajdowało apogeum. Pojawiały mi się takie myśli „od jutra wezmę się za siebie, przestanę pić, wystarczy już tego” wierząc w to za każdym razem. Ale te myśli przelatywały i znikały, a schemat mojego porannego czy wieczornego ubierania się wyglądał podobnie.
Kiedyś byłem już tak zmęczony piciem, że postanowiłem sobie zrobić przerwę. Pozbierałem się po 8 dniowym ciągu, zdychałem przez następne 8 dni. Ale chciałem za wszelką cenę przestać pić, poza tym nie mogłem już wziąć urlopu, moja praca wisiała na włosku. Jakimś cudem udało mi się hamować, piłem piwo po kilka łyków, obserwując co się ze mną stanie. Płakałem wtedy i modliłem się, aby się udało. Od tygodnia nic nie mogłem jeść, a kłębiło mi się w ustach co chwila jakieś treści z żołądka, pewnie to była żółć. Pamiętam jak doczołgałem się do łazienki po raz kolejny targany wymiotami i spojrzałem na siebie w lustrze. To co zobaczyłem przestraszyło mnie, przeraziło, ale szybko odwróciłem wzrok. Paliło mnie poczucie winy i wstyd. No i ten lęk, co się za chwilę stanie. Bałem się że się wykończę, że nie wytrzymam, ale wódki już i tak nie miałem, a żeby wyjść nie miałem już siły, poza tym byłem przerażony tym, że z tego ciągu nigdy nie wyjdę. Przeszło ciężko, ale przeszło.
Kiedy poszedłem do pracy czułem na sobie wzrok, jeszcze nie mogłem utrzymać długopisu, chociaż to był 7 dzień po odstawieniu alkoholu, kombinowałem z podpisaniem dokumentów, że niby zrobię to później, albo za chwilę, czekając na to, aż sekretarka wreszcie wyjdzie. Łykałem jakieś witaminy, całe garście magnezu, próbowałem zmuszać się do jedzenia, żeby tylko wydobrzeć. W chwilach tych miałem postanowienia, że jak tylko odzyskam siły, to nadrobię te zaległości w pracy z dokumentami, że wszystkim wynagrodzę, ,ze zrobię ten bilans który trzeba było zrobić do końca miesiąca itd.
Po dwóch tygodniach czułem się jak nowo narodzony, znowu „na fali”, czułem jak wszystko się układa, jak jestem silny, wstąpiła wreszcie we mnie energia do życia. Chodziłem do pracy, załatwiałem sprawy więcej niż bieżące, nie myślałem o alkoholu wcale, mogę nawet powiedzieć, że odrzucało mnie na jego widok, to oczywiście utwierdzało mnie w przekonaniu, że nie jest ze mną tak źle jak myślałem. Wspomnienie ostatniego picia jawiło mi się jako „głupi wyskok, zatrucie alkoholem niewiadomego pochodzenia” itd. Moje niepicie teraz jawiło mi się jako zwycięstwo nad sobą, czułem się jak zwycięzca który wygrał wojnę z przeznaczeniem jakim był alkoholizm. Chodzi o to, że minął mi lęk, że stałem się pijakiem, przecież przestałem, przecież wytrzymałem, przecież mogę nie pić, nawet nie chce mi się pić, więc o co się bać? Nie jestem pijakiem, udowodniłem to przestając pić i nie pijąc wcale. Więc spokojnie dałem się ponieść codzienności..
To był wtorek, pamiętam, bo we wtorki mamy naradę. Miałem spotkanie biznesowe z pewnym człowiekiem, Podczas obiadu mieliśmy podpisać kontrakt ważny dla naszej firmy. Zamówiliśmy do obiadu po 100 g czystej wódki. W pierwszej chwili pomyślałem, że rozejdzie się po żołądku razem z potrawą, więc mogę spokojnie wracać samochodem do firmy. Przechyliłem ją na dwa razy, zamówiłem jeszcze po jednej dla nas. Język mi się rozwiązał i stałem się mistrzem tej ceremonii, jakbym był na ceremonii wręczania Oskarów i sam odbierał nagrodę. W końcu podpisaliśmy dokumenty, zjedliśmy i pożegnaliśmy się uściskiem dłoni. Do samochodu niemal pofrunąłem zadowolony z siebie że taki jestem elokwentny. Po drodze do domu kupiłem jedną butelkę wódki na wieczór, myśląc, że posiedzę jeszcze przy komputerze, napiszę raport i przygotuję się do jutrzejszego spotkania z szefem. Zanim otworzyłem komputer zorientowałem się, że butelka świeci pustką, a ja nawet nie zacząłem raportu, więc ubrałem się i pobiegłem do sklepu po następną, kiedy ją kupowałem pojawiła mi się myśl jak migawka, że może powtórzyć się ta sama historia co 1,5 miesiąca temu, może dlatego taka myśl, bo sprzedawca był ten sam co wcześniej, przed którym ukrywałem wzrok i chowałem trzęsące ręce. Jednocześnie pomyślałem, że ta jedna butelka może mi zabraknąć i będę potrzebował więcej, więc kupiłem 3 półlitrówki na wszelki wypadek. Miałem taki plan, że raport może mi się przeciągnąć przez cały wieczór, więc na rozruch wypiję tyle ile będę potrzebował. Jeszcze nie wiedziałem jaka to jest ilość, nie myślałem o tym. W domu usiłowałem płodzić ten nieszczęsny raport. Słowa nie kleiły mi się, kasowałem i pisałem od nowa, wściekając się, że nie wychodzi. Później było mi już wszystko jedno, zapijałem to poczucie i wywoływałem je wciąż od nowa…Rano kiedy się obudziłem, zorientowałem się, że wypiłem prawie wszystko, zostało tylko pół szklanki wódki, przechyliłem ją szybko w obawie przed dygotaniem, na wszelki wypadek wyłączyłem telefon żeby nie dzwonili z pracy, pomyślałem, że jak dojdę do siebie, to zadzwonię sam.
Wtedy zaliczyłem ciąg 12 dniowy, jak nigdy przedtem, ale za każdym razem wierzyłem, że to nic takiego, że poradzę sobie sam, że kiedy piję to piję, a kiedy nie piję to nie piję- takie „dowody” mojej siły i panowania nad piciem. Nawet kiedy byłem zamroczony, utwierdzałem się w przekonaniu, że przecież wytrzymałem nie pijąc te 1,5 miesiąca, ta myśl mnie na chwilę uspokajała i dodawała sił do nalania sobie w szklankę…
Renata Szelągowska